Dlaczego dałam mu drugą szansę?

Choć w ogóle na to nie zasługiwał i wielu kiwało głowami, że nie warto. Umęczy mnie i przytłoczy sobą i nie wiadomo jak długo razem wytrzymamy. On – stary, niestabilny, chory. Ja – (w miarę) młoda, z ambicjami. Miałam czas, chęć, dużo determinacji i nadzieję, że damy radę.
Stary stół z domu moich dziadków wymagał kapitalnego remontu, który nie zakładał 100% sukcesu. Ale potrzebowaliśmy (nowego) stołu, a mi się marzył mebel z duszą, nie idealny, nie katalogowy, ale nadgryziony zębem czasu. A naprawa mebla była na mojej liście wyzwań.

Druga szansa – stół

Zaczęłam od konsultacji z kumplem konserwatorem zabytków, który doradził mi krok po kroku co zrobić, aby stół zrehabilitować i nadać mu nowy błysk (dziękuję P.!). Największym problemem stołu były tzw. szwedy. Nie wiem dokładnie czy to były kołatki czy miazgowce, wiem, że żarły go jakiś czas i narobiły mnóstwo dziur. Więc po pierwsze trzeba było się pozbyć lokatorów. Nie będę owijać w bawełnę, że cudowałam z ziołowymi repelentami. Nawet nie próbowałam. Postawiłam na chemię dedykowaną szkodnikom żerującym w meblach. Remont robiliśmy w domu, w którym nikt nie mieszka i nie będzie w najbliższym czasie, dodatkowo na czas trucia wynieśliśmy stół z domu.

Potem mąż wyszlifował go i okazało się, że drewno jest jasne i że to w ogóle jest chyba sosna (a ja myślałam, że to dąb, sic!). Nałożyłam bejcę (kolor jest przepiękny) i wyszły dzięki niej niedoskonałości blatu, które akurat bardzo mi się podobają (np. ślad po jakimś okrągłym naczyniu). Potem stół wypił kilka warstw oleju i zabrałam się za zaklejanie dziur woskiem pszczelim zmieszanym z… kredkami woskowymi. To jest genialne! Uzyskałam maksymalnie zbliżony kolor i taka „szpachla” jest prawie nie do odróżnienia z drewnem.

Ile to nas wyniosło?

  • preparat na szkodniki – 50 zł
  • szlifierka (wypożyczenie), papier ścierny, denaturat – ok. 45 zł
  • bejca – 25 zł
  • olej – 25 zł
  • wosk i kredki woskowe miałam w domu
  • paliwo – 100 zł

Razem około 245 zł. Minął miesiąc i jak na razie nie widać żadnych wiór.

Zdjęcie stołu znajduje się na tzw. obrazku wyróżniającym ten felietonik. Podoba się Wam?

Druga szansa – proszek do prania

Nie lubię przeprowadzek, nigdy nie lubiłam (czy jest jakiś bohater, który je lubi?). Pakowanie, torby, kartony, kupa śmieci do wywalenia przy okazji (co frustruje), kurz. W nowym miejscu nerwowe poszukiwanie. Sprzątanie (znów ten kurz), a potem pranie. I tak kilka razy.

Uwielbiam mój domowy proszek do prania. Wiem, że niektóre z Was też się zdecydowały na zamianę i… jesteście zadowolone, tak jak ja! Jednak przy przeprowadzce nie miałam głowy do robienia kolejnej porcji, a skończyły się składniki, więc postanowiłam wyjątkowo pójść na skróty w kwestii prania i wrócić do gotowego produktu. W nieoczekiwany sposób trafiłam na sklep Tarmini z ekologicznymi proszkami i płynami, który ma siedzibę w pobliżu mojego poprzedniego miejsca zamieszkania, więc jak to się mówi wśród ludu: żal mi było nie skorzystać 😉

Na warsztat wzięłam proszek ekologiczny proszek do prania, płyn do prania i płyn do płukania. Jestem „proszkowa” od zawsze, więc wolę proszek. Jednak oba produkty i proszek i płyn, nadają się do prania poplamionych ubrań (także dziecięcych). Płyn jest dedykowany ubrankom niemowlęcych, więc gdybym miała zostać po raz pierwszy mamą sięgnęłabym właśnie po taki ekologiczny płyn do prania.

Efekty? Takie same jak z moim domowym proszkiem. Trudniejsze plamy wymagają dodatkowego odplamiacza (ja mam mydełko na plamy), tak jak przy drogeryjnych proszkach. Wysuszone pranie nie jest sztywne i nie ma na nim śladów po proszku czy też płynie.

naturalny płyn do płukania
Obiektyw od Zenita robi kosmiczne efekty!

Przy okazji zaopatrzyłam się w cynamonowy płyn do naczyń z jonami srebra (kocham cynamon). Zapach jest bardzo delikatny, nie drażni i nie ma nic wspólnego z żrącymi zapachami drogeryjnych płynów. Zrobiłam sobie porównanie ze sklepowym płynem, więc wiem co mówię. Owszem, taki niechemiczny płyn do mycia naczyń nie pieni się jak wściekły i trzeba go używać z ciepłą wodą, ale tak właśnie działa produkt roślinny. W przyszłości mam zamiar wypróbować tabletki do zmywarki.

Wszystkie produkty DeLaMark mają podany pełny skład oraz działanie konkretnych składników (to na stronie sklepu), bardzo cenię sobie taką przejrzystość. Brakuje mi jej w naszym konsumpcyjnym świecie!

A więc jeśli lubicie chemiczne drażniące, zapachy, wysuszoną i popękaną skórę po myciu naczyń oraz pochodne ropy naftowej, które wydostają się z otworów wentylacyjnych pralki podczas prania i toksyczne wybielacze, to nie są produkty dla Was.

Ps. Marka DeLaMark chciałaby wejść ze swoimi produktami do sklepów stacjonarnych, więc jeśli ktoś z Was pracuje w branży detalicznej koniecznie zainteresujcie się nimi.

Ps2. Mam ogromną prośbę – polub mój blog na Facebooku, Twitterze, Bloglovin, LinkedIn lub Feedly. W każdym z nich wpisując Olcha Sosnowa znajdziesz mój kanał. Czy możesz to dla mnie zrobić? Bądźmy na bieżąco.

Wyjaśnienie w celu uniknięcia nieporozumienia

Wszystkie informacje znajdujące się na tym blogu tworzone są na podstawie wysokojakościowych źródeł, mają wartość jedynie poznawczą. Jeśli decydujesz się na wprowadzenie w życie którejkolwiek porady (cieszę się), robisz to na swoją odpowiedzialność (bo z natury tacy jesteśmy). Nie jestem lekarzem, dlatego wykorzystując informacje znalezione na olchasosnowa.pl, konsultuj się  z lekarzem lub farmaceutą. Ja mam jedynie inklinacje ku znachorsku, a ci jak wiadomo, pogrążeni zostali na kartach starożytnych ksiąg.

(Visited 41 times, 2 visits today)
Podobało się? Podziel się tym tekstem z innymi 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.