Co zrobić, aby mieć szczęśliwe dziecko?

Czy wyobrażacie sobie pozostawienie pięcioletniego dziecka samego na noc? Dzisiaj pozostawienie dziecka bez opieki w tak małym wieku, grozi wszczęciem dochodzenia, dozorem opieki socjalnej, wezwaniem policji i nie chce wiedzieć czym jeszcze. Tymczasem moi rodzice, nie mając innego wyjścia, zostawiali mnie i moją młodszą siostrę same na noc, kiedy miałyśmy jakieś pięć – sześć lat i dobrze to pamiętam. Rodzice twierdzą, że byłyśmy bardzo grzecznymi dziećmi i mieli do nas wielkie zaufanie, pamiętam to. Zresztą kiedy mama wychodziła do pracy mówiła nam, że rano, kiedy się obudzimy będzie już w domu i tak zawsze było. To pewnie nie było proste i nie twierdzę, że była najlepsza lekcja wychowawcza, ale z pewnością ten przykład pokazuje kierunek, jaki obrali moi rodzice – wychowujemy dzieci na dorosłych.

Moi rodzice dali mi ogromną dozę swobody, pozwalali mi na potykanie się i nigdy nie ingerowali w moje problemy. Moje prośby o ich interwencje na podwórku, kończyły się… ich odmową. Zawsze powtarzali, że muszę takie sprawy załatwiać sama i mieli rację. Dziś jestem im za to niezmiernie wdzięczna.

Nie wiem jak wy, ale ja pielgrzymując po różnych placach zabaw widzę bardzo dziwne sytuacje, kiedy to rodzice nieproszeni przez swoje dziecko, ingerują w to co dzieje się między ich dziećmi a innymi dziećmi. Oczywiście wcielając się w rolę adwokatów. Są to bardzo nieprzyjemne sceny, których nie będę przytaczać, ale podejrzewam, że wielu z was ma również takie obserwacje (albo i uczestnictwo?).

Helikoperowy rodzic to Ty?

Właśnie przeczytałam książkę „Pułapka nadopiekuńczości” Julie Lythcott-Haims. Uświadomiła mi ona, że zachodnie społeczeństwo musi w każdym aspekcie życia odkrywać koło na nowo. Również w kwestii opieki. Okazuje się, że zachodni rodzice są nadopiekuńczy, zbyt zaangażowani w życie swoich potomków, co sprawia, że nie dają im swobody na „ich samo zorganizowanie się” w czasie i w życiu. W literaturze amerykańskiej takie rodzicielstwo jest nazywane helikopterowm.

A dzieci odczytują to tak – aha, moi starzy nie mają do mnie zaufania, sam sobie nie poradzę z rzeczywistością. Albo w wyniku braku odpowiednich doświadczeń, takich jak porażki, ponoszenie konekwencji za popełnione błędy, nie umieją rozwiązywać problemów w dorosłym życiu. Albo wpadają w depresję, bo nie znają swojego celu w życiu. Bo ciągle realizowali nie swoje cele. Dobrze to podsumowuje poniższy cytat zaczerpnięty z książki:

Jeśli wezmę pod uwagę kulturę osiągnięć edukacyjnych wypracowanych za każdą cenę i dodam do tego czujność rodziców zajętych usuwaniem wszelkich wyborów życiowych w zabawie, osiągnięciach naukowych, w relacjach osobistych i jeszcze dołączę przesadne pochwały w stylu „świetna robota” i „doskonale” bez względu na to czy zadanie miało obiektywną wartość, to przygotowuję dziecko na załamanie nerwowe na studiach, gdzie będą mu się przytrafiły takie nieszczęścia jak oceny b, c, d nawet, do tego dojdą nieporozumienia ze współlokatorami, odrzucenie przez członków drużyny, klubu, bractwa, stowarzyszenia czy przegapione okazję. A rodzice nie będą już mogli naprawić tych sytuacji

Książka jest niestety pozycją bardzo amerykańską. 1/3 treści dotyczy rekrutacji na studia (i w ogóle 3 najczęściej pojawiające się w niej słowa to: rekrutacja, selektywność i ranking), co jest ciekawe, ale nie na tyle, żeby poświęcać jej tyle uwagi. Ale to ja z Polski tak mówię, gdzie nie ma ani 4000 uczelni wyższych, ani Harvardu, ani Yale, ani Stanfordu.

Jednak właśnie te nieszczęsne rekrutacje są zalążkiem ogromnego zła – nadopiekuńczości. O nich myśli się od kołyski i im podporządkowuje się życie rodzinne. Ma być prestiź, ma być kariera, ma być kasa. W interpretacji rodziców, rzecz jasna. Dziecko jest miarą poczucia własnej wartości rodziców. Koszmar. Ale wcale nie taki nam znów odległy.

Polska wersja helikopterowania

W dużych miastach roczniaki chodzą na zajęcia 5 razy w tygodniu, a w weekend na przedstawienia z rodzicami (znam, potwierdzam). Śpią razem na kupie wszyscy, bo rodzicielstwo bliskości. Przyklejamy się do dzieci i ciśniemy od narodzin.

Też przerabialiśmy na naszym (polskim) podwórku ten temat – przerzucanie ambicji rodziców na dzieci. My nie zostalismy lekarzami, nie mogliśmy chodzić na basen, nie mieliśmy szkół językowych z nejtiw spikerami, więc niech dziecko to ma. Będziemy je wozić (stać w korkach i wąchać spaliny), płacić (nie zawsze płacąc adekwatnie do jakości) i rozmawiać o tym, co jest do zrobienia, powtórzenia, nauczenia (zamiast rozmawiać o tym jak można rozwiązywać konflikty, komentować bieżące sytuacje, co nam wychodzi, a co nie i te pe). (Fajnie mówi o tym Elżbieta Mazzoll w audycji „Pora karmienia”, na Radio Wnet, polecam jej pogadanki. To jest taka mama, która nie łudzi się, że sensoplastyka sprawi, że jej dziecko zostanie geniuszem 😉 ) To wszystko to także kontrola. Kontrolujemy dzieciaki do kwadratu. Oczywiście w imię bezpieczeństwa (tak nas nauczyły media, które podsycają nasz strach o dzieci ca-ły-czas, a strach to oczywiście też forma rządzenia obywatelami). A dbanie o ich bezpieczeństwo nie przekłada się na negatywne dalekosiężne następstwa, przecież! No o tym nam nie mówią.

Czy nadal nas to dotyczy? Chyba tak, sądząc po ilości instytucji oferujących wszelkiej maści kursy, szkolenia, zajęcia. Trzeba się otrząsnąć z takiego myślenia i tworzenia wizji, halucynowania sobie przyszłości swych dzieci według naszych reguł.

Trzeba sobie też uzmysłowić, że:

  • uczenie samodzielności ma ektremalnie ważne znaczenie (patrz na akapit 1 i 2);
  • świat jest dziś bezpieczniejszy niż w czasach, kiedy my byliśmy dziećmi (monitoring, gps, telefony);
  • napięty grafik nie wpływa dobrze na relacje rodzinne;
  • nadopiekuńczość ma skutki uboczne

Dzieci potrzebują czasu na zabawę (w tym na nudę) i zrelaksowanych rodziców. A tu deficyt.

Ale nie na zabawę zorganizowaną przez specjalistów, ale taką „bezproduktywną” (w oczach rodziców). Co gorsza dzieci potrzebują doznań frustracji i niepowodzeń, bo takie doświadczenia uczą wiele. Dlatego wkraczanie w każdą utarczkę na placu zabaw może być szkodliwe dla dziecka.

Nie zawsze ochronimy nasze dzieci i nie rozwiążemy ich wszystkich problemów. I to normalne (i paradoksalnie dobre).

Pamiętajmy, dzieci, aby prawidłowo się rozwijać potrzebują:

  1. Dużej ilości snu.
  2. Czasu na zabawę bez regulacji dorosłych (zwłaszcza na podwórku).
  3. Silnej rodziny i przynależności do społeczności.

I teraz pomyślmy, czy zapewniamy to naszym dzieciom? Czy zaspokajamy te trzy zupełnie darmowe potrzeby, na które nie trzeba się zapisywać?

A tu komentarz Czytelniczki, jakże trafny, który dopełnia to o czym tu dyskutujemy:

pułpka nadopiekuńczości opinia

Pozwalając na nudę dzieciaki same odnajdują swoje zainteresowania. Nie trzeba ich zapisywać na sto różnych zajęć (które są zazwyczaj wartościowe z punktu widzenia rodzica), aby się rozwijały i „odnalazły” siebie.

Wiele dziaciaków nie ma nawet kiedy się ponudzić i zaznać tego „frustrującego” stanu. Życie toczy się od szkoły do klubu sportowego, szkoły językowej lub innych zajęć, by w końcu wieczorem usiąść do lekcji i wskoczyć do łóżka. Lista zadań goni listę zadań. Może warto w niej po prostu zarezerwować czas na zabawę 2.0, taką jaką pamiętamy z lat 80-tych i 90-tych i nie dać się wciągnąć w pułapkę nadopiekuńczości?

Wyjaśnienie w celu uniknięcia nieporozumienia

Wszystkie informacje znajdujące się na tym blogu tworzone są na podstawie wysokojakościowych źródeł, mają wartość jedynie poznawczą. Jeśli decydujesz się na wprowadzenie w życie którejkolwiek porady (cieszę się), robisz to na swoją odpowiedzialność (bo z natury tacy jesteśmy). Nie jestem lekarzem, dlatego wykorzystując informacje znalezione na olchasosnowa.pl, konsultuj się  z lekarzem lub farmaceutą. Ja mam jedynie inklinacje ku znachorsku, a ci jak wiadomo, pogrążeni zostali na kartach starożytnych ksiąg.

(Visited 83 times, 1 visits today)
Podobało się? Podziel się tym tekstem z innymi 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.