4 rzeczy, które chciałabym wiedzieć jako nastolatka

Z metodą kalendarzykową (żartlobliwie nazywaną „watykańską ruletką”) po raz pierwszy zetknęłam się w liceum, na zajęciach z wiedzy do życia w rodzinie. Jakoś tak to się nazywało. Prezentowana była jako jeden ze sposobów na antykoncepcję. W naszej kulturze ta metoda jest dość mocno stygmatyzowana – bo swoich zwolenników ma głównie wśród pobożnych katolików i…wegan. Nie będę pisać o jej skuteczności, moralności, skutkach ubocznych. Skupię się na czymś zupełnie innym.

Muszę jeszcze uściślić pewną rzecz. Ważną.

Nie podoba mi się polska nomenklatura tej metody – naturalne planowanie rodziny, bo to wskazuje na to, że żeby używać tej metody musisz planować rodzinę (jestem za rodziną, żeby nie było, ale czy kobiety, które nie chcą więcej dzieci nie mają jej stosować? Albo singielki? Czy ta metoda jest zarezerwowana tylko dla par starających się o dziecko? No nie! nie! nie!).

Dlatego zdecydowanie bardziej wolę o tym mówić jako o metodzie, która pozwala kontrolować płodność i własne zdrowie.

4 rzeczy, które chciałabym wiedzieć jako nastolatka

Zamiast przepychać się o to czy kalendarzyk działa czy nie, czy jego prowadzenie jest grzechem lub odwrotnie, wolę się skupić na tym, że bardzo żałuję, że nikt nigdy nie przedstawił mi kalendarzyka po prostu jako papierka lakmusowego dotyczącego mojego zdrowia.

Dlaczego nikt nigdy mi nie powiedział mi tych 4 rzeczy?

1. Kalendarz dni płodnych

Czy naprawdę musisz współżyć, żeby prowadzić kalendarzyk? NIE.

Tzw. „kalendarzyk”, zwany też kalendarzem owulacyjnym, to kalendarz, który m.in określa dni płodne. Jeśli kobieta chce zajść w ciążę musi mieć owulację. Najtańszym i najmniej stresującym sposobem na sprawdzenie, czy owulacja przebiega poprawnie jest regularne prowadzenie kalendarza z pomiarem temperatury. Jeśli pomiar cyklów przebiega podręcznikowo – temperature podwyższa się przed owulacją i po owulacji pozostaje podwyższona, to spory dowód na to, że układ hormonalny związany z płodnością działa prawidłowo. Dzięki temu podczas starań o dziecko, przyszła mama będzie wiedziała, kiedy ma największe szanse na zapłodnienie jajeczka.

2. Wiedza o swoim organiźmie

Po owulacji temperature pozostaje niska? Hmm może to za mała ilość progesteronu? Wyobraź sobie, że masz 19 lat i z Twojego kalendarza owulacyjnego wynika, że masz niski progesteron. Podkreślam, masz 19 lat. Ok, 21. Ale wiesz to, możesz zacząć działać. Może naturalnie, stosując np. niepokalanek?

Teraz wyobraź sobie, że masz 29 lat i starsz się o dziecko. Mija kilka miesięcy i nic. Badania, hormony, dalej nic, kolejne hormony. A gdybyś od 10 lat sprawdzała jak przebiega Twój cykl?

Kalendarz owulacyjny nie powie Ci wszystkiego, ale powie wiele. Same możemy go interpretować, bo tego da się nauczyć. Nie trzeba latać z wykresami do lekarza.

Poza tym, czy nie czujesz się lepiej wiedząc o sobie więcej? Organizm wysyła nam różne sygnały dotyczące jego stanu, często albo je ingorujemy albo przeoczamy, nie umiejąc ich odczytać. Mierzenie temperatury sprawia, że możemy te sygnały czytać.

3. To proste

Potrzebujesz:

a) termometru,

b) karty do oznaczania temperatury (za darmo online),

c) systematyczności.

To aż tak proste? Zajmuje 1-2 minuty każdego ranka. Nauka na kursie trwa kilka godzin, podstaw można nauczyć się z internetu lub po prostu z książek.

4. Możesz zmusić organizm do pewnych rzeczy lub je naprawić

Nie masz okresu, nie masz owulacji, wyniki hormonów są dalekie od normy? Ginekolog, endokrynolog wypiszą Ci receptę na leki, które zmuszą Twój organizm to pewnych procesów. Zmuszą. Czy skutki uboczne syntetycznych hormonów dopadną Ciebie (lub Twoją żonę, drogi Czytelniku) dziś czy za 5-10 lat? Ależ ja/ona czuję/e się świetnie i jestem/jest dzięki temu w ciąży! To wspaniale, ale to nie zmienia faktu, że organizm został do tego zmuszony, a coś, co nie działa jak powinno, zostało stłumione.
Gdybyś jako nastolatka zaczęła prowadzić kalendarzyk, odpowiednio szybko mogłabyś zauważyć problem i mieć sporo czasu na znalezienie przyczyny nieprawidłowości oraz jej leczenie. Np. używając ziół, zmieniając dietę itp.

Tymczasem dziś 35 letnie kobiety będąc już bardziej u kresu płodności, są faszerowane lekami, które okropnie na nie wpływają, kosztują krocie i poddawane są ogromnej ilości badań, często bardzo nieprzyjemnych. Na końcu proponuje się im in vitro. Bo w wielu 35 lat okazało się, że nie mogą mieć dzieci. Natomiast przez ostatnie 15 lat żaden lekarz nie zaproponował, aby w ramach samoobserwacji prowadzić kalendarz owulacyjny, za to pewnie bardzo chętnie wypisał tabletki antykoncepcyjne na pryszcze lub brak miesiączki.

To nie jest wpis o tym, że tabletki antykoncepcyjne są złe (chociaż są). To mój apel o to, aby zacząć prowadzić kalendarzyk. Nawet jeśli masz już dzieci, nawet jeśli masz 18 lat. Antykoncepcję zostawiam z boku, to nie jest wpis dotyczący antykoncepcji.

Chcesz zacząć? Zacznij od tego:

  • pytania i odpowiedzi w jaki sposób kalendarzyk może pomóc w zajściu w ciążę
  • podstawy dotyczące mierzenia temperatury
  • tu pobierzesz za darmo kalendarz do druku

Prowadzisz kalendarzyk? Jesteś za, przeciw? Jestem bardzo ciekawa zdania innych kobiet na ten temat. Pamiętaj, że nie musimy się zgadzać 🙂

Wyjaśnienie w celu uniknięcia nieporozumienia

Wszystkie informacje znajdujące się na tym blogu tworzone są na podstawie wysokojakościowych źródeł, mają wartość jedynie poznawczą. Jeśli decydujesz się na wprowadzenie w życie którejkolwiek porady (cieszę się), robisz to na swoją odpowiedzialność (bo z natury tacy jesteśmy). Nie jestem lekarzem, dlatego wykorzystując informacje znalezione na olchasosnowa.pl, konsultuj się  z lekarzem lub farmaceutą. Ja mam jedynie inklinacje ku znachorsku, a ci jak wiadomo, pogrążeni zostali na kartach starożytnych ksiąg

(Visited 108 times, 1 visits today)
Podobało się? Podziel się tym tekstem z innymi 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *