Świetne rzeczy, które robię i unikam toksyn

Jajniki świni, kosmetyki mineralne i proszek DIY. Jaki to ma wspólny mianownik? Mniej toksyn w chacie i w organizmie. Bo choć całkowicie wyeliminować się ich z życia nie da, nadal możemy zrobić bardzo dużo, aby zmniejszyć chemiczny kokon, którym często z wyboru się otaczamy, owijamy i tulimy. Dziś sporo prywaty, bo opowiadam co łykam, co wkładam i w czym piorę. To dość intymne tematy, a jednak warte obnażenia. Nie żeby się wywyższać, chwalić albo udawać cokolwiek. W myśl, że czasem nie robimy inaczej, bo nie znamy alternatywy, przedstawiam je i mam nadzieję, że budzę Waszą ciekawość.

Jajniki świni

Po ciąży mam spory problem z hormonami. Lekarze proponowali HTZ (hormonalną terapię zastępczą), ale ja postanowiłam poszukać źródła problemu z kimś innym, bo lekarze oczywiście nie byli tym zainteresowani. W ramach terapii łykam świńskie jajniki. Nie muszę ich gotować, smażyć i siekać. Biorę je w postaci liofilizowanych tkankowych koncentratów w żelatynowych kapsułkach. O takie. Jakbyście też chcieli to mam 5 USD zniżkę w postaci kodu AJS7780 na zakupy na iHerb (na wszelkie inne produkty też).

lily lolo makijaż
Cześć!

Co jest złego w HTZ? Przeczytajcie ulotkę i doświadczcie skutków ubocznych (mi wystarczył cellulit, okropne rozdrażnienie i utycie już już po jednym cyklu). Świńskie jajniki to działanie na poziomie energetycznym, delikatne wspieranie jajników, tak, aby same zaczęły pracować na prawidłowym poziomie, bez konieczności zmuszania ich do czegokolwiek.

Naturalne? Bardzo! Bez syntetycznych hormonów? Jak najbardziej. Poza nimi biorę też inne rzeczy, zmieniłam (i nadal zmieniam) nawyki żywieniowe i cierpliwie czekam. Cieszę się drogą.

Kosmetyki mineralne

Maluję się raczej często i choć ograniczam się zazwyczaj (głównie) do korektora, tuszu do rzęs i cieni do powiek, korzystałam głównie z drogeryjnych kolorowych kosmetyków. Większość producentów zupełnie nie przejmuje się składem, dlatego w kolorówkach ląduje ołów, parabeny, silikony i inny badziew. O tym, że te ingredienty mają bardzo niekorzystny wpływ na hormony, tarczycę, a nawet kondycję skóry, pewnie już słyszeliście. Ale pomalować się lubię, a że pieję tu o wolności od chemii, zaczęłam ciosać internet w poszukiwaniu kosmetyków jak najbardziej naturalnych. I padało na kosmetyki mineralne.

lily lolo opinie

O co chodzi z kosmetykami mineralnymi? Nie zawierają olejów mineralnych, sztucznych barwników, wypełniaczy i składników zapachowych (które to we wszelkich produktach zawierają same w sobie mnóstwo toksycznych dodatków, wszak jakoś ten zapach trzeba sklecić). Gdybyście chcieli dokładnie poczytać o tym czym są i czym nie są, proszę zobaczcie na czym to polega.

Wybrałam kosmetyki marki Lily Lolo i sumiennie przetestowałam zestaw, który tworzy dzienny delikatny makijaż. Najbardziej cieszy mnie efekt podkładu (Popcorn), a właściwie duetu jaki tworzy z pędzlem Super Kabuki (najlepszy pędzel z jakim miałam styczność) i korektora (Lemon Drop).

Podkład kryje bez efektu tynku, czy też lepiej znanej szpachli. W moim przypadku po prostu ładnie wyrównuje kolor twarzy i o to mi chodzi. Nie spływa, nie odbija słońca (nie świeci), a więc gitara! Przy podkładzie mineralnym trzeba jednak cerę dopieszczać, bo wszelkie suche skórki niestety wychodzą jak na rentgenie. A zatem w moim przypadku rutynowe nawilżanie i peelingowanie są niezbędne. Bez nich podkład wygląda na twarzy miernie (czyli, aby dokonać efektu wow, potrzebujemy nie tylko kosmetyku, ale i własnej „pracy”).

Prasowany korektor jest bardzo wydajny i choć odbiega od moich kolorystycznych (drogeryjnych) przyzwyczajeń, w pełni daje radę (latem będzie za jasny). To co mnie cieszy najbardziej poza kryciem, to brak efektu ściągnięcia po kilku godzinach. Prasowany, a więc potrzebny jest pędzel. Wygrzebałam coś z czeluści kosmetyczki, co zdało egzamin. Dodatkowo wypróbowałam też nakładanie korektora pędzlem Super Kabuki (który oficjalnie dedykowany jest do podkładu) i cóż… też dało radę.

lily lolo opinie

Jeśli jesteśmy przy oku, to słów kilka o tuszu Natural Mascara. Jest go bardzo dużo! Mam wrażenie, że trochę za dużo. Nie jest to moja ulubiona szczoteczka, więc musiałam sobie przypomnieć jak się nią obsługiwać. Moje rzęsy są dość wątłe i mało ich raczej, więc muszę je długo wyczesywać, żeby nie były posklejane. Wydaje mi się, że gdybym miała gęstsze rzęsy tusz lepiej by się rozkładał. Tusz przypadł mi do gustu najmniej.

Szminka (u mnie Love Afair) nie wałkuje się, nie przesusza ust, delikatnie błyszczy, ale daleko jej do efektu błyszczyka. Love Afair ma delikatny, dzienny bym rzekła kolor i mi bardzo odpowiada. Szminka trochę długo pozostaje wilgotna, co ma plusy i minusy. Ja mam ogólnie skłonności do wysychającej skóry pod wpływem kosmetyków, więc dobrze, że efekt nawilżenia jest, ale z drugiej strony nie lubię pozostawiania śladów na kubkach itp.

Zrezygnować z proszku do prania…

I zrobić własny, który nie pachnie, ale działa. Zapach prania, ta pseudo bryza od jakiegoś czasu mi przeszkadzała. To nie była główna motywacja do zmiany w mojej pralni. Najważniejsza to oczywiście zmniejszenie świadomego korzystania z chemii. Bo chociaż proszków do prania używamy od dziesięcioleci i „nikt od nich nie umarł”, niestety nie tylko usuwają plamy, ale bardzo podstępnie nam trują.

Zauważcie, że na żadnym produkcie piorącym nie ma szczegółowego składu. Podane są tylko enigmatyczne procenty. Oznacza to, że de facto nie wiemy w czym pierzemy ubrania, co wdychamy i czego resztki nosimy na sobie. E? Zgadamy się na to w imię wygody (i zapachu).

No dobrze, to co w tych proszkach (i płynach do płukania) jest nie halo? Może to, że proszki zawierają pochodne ropy naftowej. Może to, że podczas pracy pralki lub suszarki z otworów wentylacyjnych wydostają się szkodliwe substancje, m.in. aldehyd octowy i benzen (obie uznane za rakotwórcze). Może to, że proszki tz. do bieli, zawierają wybielacze, które pozostają na ubraniach bardzo długo, aby odbijać promienie UV. A jeśli substancja pozostaje na ubraniu przez długi czas, ma też kontakt ze skórą, którą może nie tylko podrażniać, ale przez którą może też przenikać.

Dlatego podwinęłam rękawy, siadłam za sterem laptopa i zamówiłam zestaw do zrobienia proszku. Składniki wymieszałam i… już. Piorę tak już kilka miesięcy. I nawet nie wiecie jak się z tego faktu cieszę. Że mam w domu chemii choć troszkę mniej i nie inhaluję się nią (bo pranie schnie w chacie – nie mam balkonu).

Wpis powstał we współpracy z marką Lily Lolo. Z czego się bardzo cieszę, bo te produkty wpisują się w ideę tego bloga i mojego sposobu życia.

Czy próbujecie ograniczać styczność z chemią codziennego użytku? Czy szukacie alternatyw dla dyskontowych produktów? Dajcie znać i powiedzcie, że nie jestem sama/dziwadłem 🙂

Wyjaśnienie w celu uniknięcia nieporozumienia

Wszystkie informacje znajdujące się na tym blogu tworzone są na podstawie wysokojakościowych źródeł, mają wartość jedynie poznawczą. Jeśli decydujesz się na wprowadzenie w życie którejkolwiek porady (cieszę się), robisz to na swoją odpowiedzialność (bo z natury tacy jesteśmy). Nie jestem lekarzem, dlatego wykorzystując informacje znalezione na olchasosnowa.pl, konsultuj się  z lekarzem lub farmaceutą. Ja mam jedynie inklinacje ku znachorsku, a ci jak wiadomo, pogrążeni zostali na kartach starożytnych ksiąg.

(Visited 134 times, 1 visits today)
Podobało się? Podziel się tym tekstem z innymi 🙂

2 Replies to “Świetne rzeczy, które robię i unikam toksyn”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *